niedziela, 1 listopada 2015

Być na diecie i nie zwariować

Jeszcze w marcu pisałam ten bardzo ważny tekst o dietach. Dla tych, którzy go nie czytali, na prawdę polecam. Może niektórzy powiedzą, że jestem hipokrytką, bo obecnie chwalę się, że jestem na diecie, i realizuję plan 365 dni. Jednak...pisząc post "precz z dietami" miałam na myśli gazetowe diety, a szczególnie dieta Dukana, która wyrządziła mi wiele złego.
Obecnie jestem na diecie ułożonej dla mnie przez dietetyka. Nie ma się co oszukiwać. Jem mało, w stosunku do tego co było...naprawdę mało...prawie bez soli, całkowicie bez cukru, chudo i o zgrozo bez kawy!

Odkryłam też, że to co dla mnie oznacza mało, dla szczupłych osób jest zupełną normą. Szczupłe koleżanki zadeklarowały, że jedzą taką ilość od zawsze. Szok! :p





Ale do rzeczy. Ponieważ jestem chora, i leżę od tygodnia w łóżku, miałam czas na różne przemyślenia. Główną myślą było: jak tu nie zwariować na diecie?

Całkowicie przypadkiem trafiłam na tekst o buddyjskich mnichach, którzy jak się okazuje, jedzą jeden posiłek bardzo wcześnie rano, oraz skromny drugi posiłek około 11 rano. Następnie poszczą aż do następnego świtu. Coś we mnie drgnęło. Ta informacja dodała mi otuchy, nauczyła, że tak da się żyć. Napełniła mnie motywacją. Bo przecież to są ludzie godni naśladowania i podziwiani. Mnich potrafi, a ja nie? Tak dla ścisłości: jem 5 posiłków dziennie. Porównanie do mnichów buddyjskich jest metaforyczne ;p

4 komentarze:

  1. Nie mam pojęcia, jak można być na diecie i nie zwariować. Może jak już się nam żołądek obkurczy, przywykniemy...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A wiesz, ja właściwie też nie wiem 😊 pozostaje szukać wsparcia i trwać

      Usuń